Forum
Losowe zdjęcie
Czeczewo
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Strona główna forum
   Sprawë
     Zwëczi na Kòcewim

| Od najnowszych Poprzedni wątek | Następny wątek | Koniec
Nadawca Wątek
CzDark
wysłane dnia: 24.12.2004 0:31
Nie mogę oderwać się od tej strony!
Zarejestrowany: 24.5.2004
z: Biebrznicczi Młin (Kòrkôcze)
Wiadomości: 1133
Zwëczi na Kòcewim
2003-06-20 - KOCIEWIE - NOC ŚWIĘTOJAŃSKA
Szczególna to noc, gdy puściwszy wianki na wodę, w cieple ogniska zasiąść można, czekając na astronomiczne przesilenie i kalendarzowe lato. Magiczny czas, gdy woda już prawie przekwitła i można się w niej kąpać. Kiedyś mówiono: "Gdy Jan ochrzci wszystkie wody, już nie zrobią nikomu szkody".
Wydaje się, że dawniej biologiczny cykl przyrody był równy. Można go było ująć w przysłowia. Zima była zimą, wiosna się nie spóźniała, tak jak w tym roku. Tradycyjne sobótki to wigilia dnia św. Jana. Kiedyś ta noc obchodzona była radośnie - trochę po chrześcijańsku, a trochę na ludową nutę. W czasie dnia czyszczono studnie, aby była w nich czysta woda. Pola i łąki pełne były kwiecia. Wybierano się, aby zbierać rumianki, kwiaty koniczyny.
Wieczorem rozpoczynano palenie jednego ognia, dla całej społeczności. Ceremonia odbywała się na wodzie lub lądzie. Gdy odezwał się hejnał bazun, niosący się po polach, podpalano stos. Wraz z buchającymi płomieniami pojawiały się okrzyki radości.
Ogień to oczyszczenie. Dlatego przez ogień rozpalony na lądzie skakano parami trzymając się za ręce. Puszczano na wodą wianki plecione z polnych kwiatów - takie były tradycje nocy świętojańskiej na Kociewiu. Kwiaty i zioła zebrane w świętojański dzień służyły do zrobienia herbat i różnego rodzaju wywarów. Ci którzy lubili coś mocniejszego, uśmierzającego ból, ten codzienny także, robili likier świętojański. Składał się na niego spirytus, rumianek, dziurawiec, mięta. Inne zwyczaje istniały wśród rybaków wiślanych, jeziorowych, morskich. Palono beczki umieszczone na drągach, napełnione drewnem, smołą. Panował zwyczaj, że rozsyłano gorejące drzazgi tym, którzy na spotkaniu się nie pojawili.
Roman Landowski, badacz kociewskich zwyczajów podaje, że rybacy poświęcali najstarszą, wysłużoną łódź. Na jej maszcie umieszczano kosz z ogniem i spuszczano na wodę. W świętojańską noc wierzono, że o północy zakwita paproć. Poszukiwaniem kwiatu zajmowały się dziewczęta. Mijają wieki a żadna nie może się pochwalić, że go znalazła. Może zabrakło odważnych panien, które po kwiat mają pójść w stroju? Ewy. Chociaż w dzisiejszych czasach nie takie obrazki można oglądać. Sobótkowe zwyczaje przywrócono w Tczewie w latach 80-tych. Pierwsza impreza odbyła się w 1982 roku. Na bulwarze nadwiślańskim podpalono beczkę. Sobótkowy piknik zgromadził kilka tysięcy mieszkańców. Wtedy Tczewskie Sobótki była jedną z niewielu imprez masowych i kolorowych. Oprócz oczywiście pochodów pierwszomajowych (sic!).
Na bulwar nadwiślański przymaszerował barwny korowód dzieci z tczewskich szkół. Karetą przyjechali Maria i Jan Wespowie, zasłużeni twórcy ludowi. Można było zwiedzać lodołamacze Przedsiębiorstwa Budownictwa Wodnego. Atrakcją były zespoły muzyczne, skoki spadochronowe. Dzieci przygotowały specjalny obrzęd "frycowania", czyli pasowania na flisaka wiślanego. Odtworzony przez Romana Klima, ówczesnego kustosza Muzeum Wisły w Tczewie. Wieczorem zapłonęły dwie beczki umocowane wysoko na drągach. W niebo poszybowały różnobarwne rakiety. Sobótki z końca XX wieku łączą się z Dniami Ziemi Tczewskiej. Te pierwsze zawsze obchodzone są na nadwiślańskim bulwarze, przy moście. Przez kilka ostatnich lat wydarzeniem był spływ tratw budowanych przez flisaków z Ulanowa. Drewno na tratwę musiało być ścięte w zimie, odpowiednio przesuszone, aby tratwa nie tonęła.
Kobiet na tratwę nie wpuszczano, bo i bez nich kłopotów na rzece było sporo. W tym roku w wielu miejscowościach odbędą się sobótkowe spotkania. Puszczenie wianków i zabawę nad Wisłą organizuje w 21 czerwca w pobliżu sanktuarium w Gorzędzieju Stowarzyszenia Rozwoju Wsi. Sobótki niosą ze sobą zamyślenia na temat stanu największej u polskich rzek. Braku pieniędzy na jej regulację, żeglugę, zarybienie. Bo przecież z samej tradycji trudno żyć.
-DZIENNIK BAŁTYCKI -

http://radioglos.pl/?id=552&month=6&year=2003


Wielkanoc to najważniejsze i najstarsze święto chrześcijaństwa, obchodzone na pamiątkę Zmartwychwstania Chrystusa. Przypada w pierwszą niedzielę, po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, a więc między 21 marca a 25 kwietnia. Tak ustalono w 325 roku na soborze w Nicei. Oprócz wymiaru religijnego, święta wielkanocne to również czas odradzania się przyrody. Dlatego też z tym okresem roku liturgicznego wiążą się nie tylko liczne obrzędy religijne, ale także mnóstwo ludowych zwyczajów. Niektóre z nich wywodzą się jeszcze z czasów pogańskich.
Święta wielkanocne poprzedza czas Wielkiego Postu, który rozpoczyna środa popielcowa. Tego dnia gospodynie na Kociewiu szorowały patelnie i chowały je na strychu. Oznaczało to, że przez czterdzieści dni nie będą przyrządzane tłuste potrawy. W kuchni stawiano natomiast beczkę śledzi, które były odtąd na różne sposoby wykorzystywane w jadłospisie.
W opisach tradycji kociewskich można się natknąć na pewien dość dziwny zwyczaj związany również ze środą popielcową. U progu Wielkiego postu kobiety z całej wsi zbierały się w karczmie, gdzie raczyły się wysokoprocentowymi trunkami. Przestrzegały w ten sposób mężczyzn, aby w czasie Wielkiego postu nie zaglądali do gospody. Bywało, że czasem do tego towarzystwa udało się wkupić jakiemuś gospodarzowi, jeśli był w stanie zaoferować lepszą gorzałkę niż karczmarz.
Niedziela Palmowa, inaczej Kwietna, otwiera Wielki Tydzień przed Wielkanocą. Jej tradycyjna obrzędowość zbliżała ją wyraźnie do rolniczych rytuałów wiosennych. Tego dnia święci się w kościołach palmy. U nas zazwyczaj są to gałązki wierzby, obsypane szarymi kotkami. Kiedyś w Kwietną Niedzielę połykano wierzbowe święcone „bazie”, co miało zapewnić zdrowie. Palmy zaś wieszano nad drzwiami wejściowymi domów i budynków gospodarskich, zatykało się je za obraz lub wkładało do wazonu, by się ustrzec pożaru, uderzenia gromu czy złośliwości sąsiadów. Aby zapewnić sobie dobre zbiory, ubiegłoroczne palmy palono, a popiół rozsypywano na polu.
– Ostatnie dwa dni postu były wielkim przygotowaniem do święta – mówi Mirosława Möller, nauczycielka i regionalista. – W te dni urządzano „pogrzeb żuru” – potrawy spożywanej przez cały ten czas. Kiedy więc zbliżał się czas radości i zabawy, sagany żuru wylewano na ziemię. W równie widowiskowy sposób rozstawano się też ze śledziem – kolejnym symbolem Wielkiego Postu. Z radością i satysfakcją „wieszano” go, czyli przybijano rybę do drzewa. W ten sposób karano śledzia za to, że przez sześć niedziel „wyganiał” z jadłospisu mięso.
Na kilka dni przed Wielkanocą zaczynało się zdobienie jajek – symbolu powstającego życia i zwycięstwa nad śmiercią. Dawniej zajmowały się tym tylko kobiety, przygotowując często całe kosze tych małych dzieł sztuki.
Zdobienie jaj należy do technik bardzo starych i znanych w całej Europie, części Azji – w Chinach i Indonezji oraz na terenie Afryki – w Egipcie i Tunezji. (...)
Anna Gniewkowska - Gracz


http://pielgrzym.pelplin.pl/index.php?m=1&ma=473&arch=1&mn=31

ŚMIGUS-DYNGUS


Zacznijmy od tego, że tak zwany lany poniedziałek na Pomorzu dawniej nie był znany. Polewanie się wodą jest kolejnym „importem" obyczajowym po 1920 roku. Wcześniej, owszem, wzajemne polewanie się wodą znane było na pomorskiej ziemi sporadycznie, i to wyłącznie w północnych częściach, graniczących z nadmorskimi Kaszubami.

Żeby sobie wyjaśnić wszystko, należy najpierw rozwiązać dziwne słowo w tytule. Ów szmaguster, germanizm głęboko zakorzeniony w pomorskich gwarach, po niemiecku dosłownie znaczy wielkanocne skosztowanie albo ...trącanie czyli w oryginale Schmackostem (schmecken = skosztować, posmakować, trącić + Ostern = Wielkanoc), co Pomorzanie przerobili na swój szmaguster. Stąd już blisko do szmagania, smagania czy śmigania, co tłumaczy ogólnopolski śmigus.

Dzisiaj nie odróżnia się śmigusa od dyngusa, odnosząc te zwyczaje niemal zawsze dla określenia tego samego lanego Poniedziałku Wielkanocnego. Warto więc pośpieszyć z drugim wyjaśnieniem: dyngus, pochodzący od staronienieckiego dingnus, dingnis, znaczy tyle co okup czy wykupne. W naszym konkretnym przypadku, dotyczącym święta Zmartwychwstania, był to datek gospodyń dla chłopców, zwanych wielkanocnymi kolędnikami, odwiedzających domy z odpowiednio przygotowanymi życzeniami świątecznymi. Dopiero potem do tych odwiedzin dołączono starogermański lecz pogański jeszcze zwyczaj oblewania się wodą - na znak radości po odejściu złej zimy. Kościół wykorzystał ten moment, przypisując zwyczajowi symbol oczyszczającej mocy wody, co na Pomorzu - o czym już wiemy -realizowane było przez zwyczaj wielkosobotnich kąpieli nocnych w bieżącej wodzie.

„Wielkanocne trącenie" jest więc niczym innym jak pamiątką po cierpieniach Chrystusa, szczególnie Jego biczowaniu i okaleczeniu cierniem. A wiemy już przecież także, że do tego smagania przygotowywano się nawet tydzień wcześniej. To już w Niedzielę Palmową chłopcy szli do lasu po brzozowe witki, by przez tydzień moczone w wodzie nabrały sprężystości, a ciernisty szakłak i jałowiec suszono, bo wyschnięte gałęzie bardziej kłuły. Tak przygotowaną „bożą rózgą" w Poniedziałek Wielkanocny nękano dziewczęta. Był też czas na chłopców, bo im się odwzajemniały dziewczęta w następny dzień, czyli trzecie święto, bowiem niegdyś wtorek był jeszcze dniem świątecznym.

Pogańskie polewanie się wodą nie wszędzie się przyjęło i dlatego dla odróżnienia wielkanocny zwyczaj zwano tam „zielonym dyngusem" (bo z udziałem ulistnionych już rózeg) lub „suchym dyngusem" (bo bez wody). Jedno jednak jest pewne: żeby pozostać w zgodzie z historią i chronologią tradycji, zwyczaj ten zwać się winien na Pomorzu życzenia z rózgą, a może po prostu niech pozostanie ów zakorzeniony niegdyś szmaguster?

Przed wielkanocnymi kolędnikami lub dyngownikami bądź śmigusami, smigielcami, dziewczęta na ogół starannie zamykały wejścia na klucz. Ale ci bardziej pomysłowi i wytrwali, często za zgoda rodziców dziewczyny lub po przekupieniu jej brata, już w niedzielę wieczorem chowali się na jakimś strychu czy w zapomnianej komórce, by przeczekać noc. O świcie zakradali się do sypialni i po odrzuceniu pierzyny śmigali swoje upatrzone ofiary po nogach i innych odsłoniętych nagościach. Wiele, nawet bardzo wiele, było przy tym krzyku i pisku.

Wśród starszej młodzieży śmigus był wyrazem zalotów. Chłopcy wybierali się do domów swoich panien, bo powszechnie twierdzono, że kto mocniej smaga, ten bardziej kocha. Chłosta trwała tak długo, aż dziewczyna się uwolniła lub wykupiła datkiem wyrażonym w przyśpiewce:

Śmigu, śmigu po dyngusie
to są rany po Chrystusie
Dyngu, dyngus, aja aja,
nie chcę chleba, jeno jaja.

Niekiedy wykup dawała matka, żałując smaganą córkę. Rózgowanie było dla dziewcząt karą za ich kuszenie i przesadną zalotność. Było czasem wiele bólu, ale każda chciała zostać wychłostana. W przeciwnym razie dziewczyna skazana była na wielki dyshonor, bo to znaczyło, że nie była godna niczyjej uwagi. Żeby uniknąć takiej „zniewagi" niejedna brzydula sama sobie wychłostała nogi, żeby wszyscy widzieli, że też ma swego adoratora.

Pieśni dyngusowych było wiele, dominowała jednak jedna, ta najbardziej popularna, znana z mnogości odmian w całej Polsce. Na Pomorzu też krążyło kilka wersji. Na Kociewiu w Dąbrówce recytowano pięć zwrotek przedzielonych śpiewanym refrenem:

Dyngu, dyngu, po dyngusie,
chodzę ja tu po Chrystusie,
Chrystus zmartwychwstał,
każdemu po jajku dał

Najbardziej zbliżona do wersji ogólnopolskiej była przyśpiewka wykonywana przez wielkanocnych kolędników w Tymawie. A brzmiała ona następująco:

Przyszliśmy tu po dyngusie,
Powiemy wam o Chrystusie.
W Wielki Czwartek, w Wielki Piątek
Miał Pan Jezus wielki smutek.
Wielki smutek, wielkie rany,
My są wszyscy chrześcijany.
Wy dawajcie, co Bóg każe:
Pojajeczku i po parze.
Choćbyście nam mendel dali,
Bym wam bardzo dziękowali.

Zawsze przeważał ów symbol życia, jakim było jajko. Obrotni dyngownicy chodząc po takiej kolędzie wielkanocnej zarobili niejeden mendel barwnych jaj. Dlatego też to oni najchętniej uczestniczyli w zawodach jaj, bowiem mieli ich wiele. Zabawa polegała na wzajemnym zderzaniu wierzchołkami jajko o jajko. Wygrywał właściciel jajka nie uszkodzonego, zabierając to stłuczone.

W dzień następny zaczynało się wszystko od początku: rewanżowały się dziewczęta, biczując chłopców. Mówią, że rewanż był zawsze sroższy. „Boże rany" chłopcom goiły się nawet aż do Zielonych Świątek.
--------------------------------------------------------------------------------

Fragment książki Romana Landowskiego „Dawnych obyczajów rok cały. Miedzy wiarą, tradycją i obrzędem” Wydawnictwo „Bernardinum” Pelplin 2000

http://www.zegocina.pl/kultura/wielkanoc/dyngus.htm

a króm negò czinderszpile na starnie:

http://www.gm-gniew.interszkola.pl/konkurs1.htm








----------------
Zdrzë: Peccunia non olet (Piniądz nie smierdzy)

| Od najnowszych Poprzedni wątek | Następny wątek | Top

 
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002